I już z powrotem. Nie warto zaczynać od końca, więc..
Sobota 2:00 rano pobudka. Za 18 minut jedzie autobus pod dworzec główny PKP. Czas przeprowadzić poranną toaletę i w biegu zdążyć na 610. O 3:07 pociąg relacji Kraków-Katowice zabiera mnie na Śląsk. Pierwszy etap podróży mija w szybko, dynamicznie, na rozmowie z Radkiem. Tuż przed wjazdem do centrum Śląska dostaje smsa od studentów z AE jadących również na AK. Na urokliwym dworcu w Katowicach spotykamy się i wsiadamy do kolejnego pospiesznego pociągu. Kierunek tym razem Warszawa. Siedemnaście minut po ósmej rano wita nas dworzec centrum Warszawa (urokliwe jak zwykle). Stamtąd udajemy się do autobusu 119 uprzednio kupując bilety komunikacji miejskiej. Po wysiadce na odpowiednim przystanku podążamy za tłumem kierując się do prywatnej wyższej szkoły i jej sal konferencyjnych. Zaczynają się schody - w kolejce do szatni czekamy z 10 minut. Panie szatniarki nie mogą nadążyć z napływem ludzi falami. Po zdjęciu wierzchniej części garderoby udajemy się korytarzami, podziemiami, niekończącymi się schodami na 4 piętro. Tam, ponownie kolejkując się z innymi przyjezdnymi czekamy na rejestrację, materiały i wpisowe za schronienie nocne. Materiały to głównie ulotki, które znaczenie mają podobne jak podczas akcji świątecznych, nadają się jedynie na rozpałkę. W moim gift bags zabrakło maskotki głównego sponsora TNT, jednak nie chcę walczyć z systemem oraz oczami zmęczonych studentów patrzących na mnie z kolejki, byleby tylko mieć coś co i tak zakurzy się na półce. Nie tym razem guys.
Tuż po rejestracji udajemy się naprędce do ogromnej sali, w której już zaczyna się debata otwierająca konferencję. Na początek wystąpienie Tadeusza Witkowicza - pierwszego polaka, który ze swoją firmą wszedł na giełdę NASDQ (emigranta of course). Opowiedział on historią swojego życia, poczynając od obrazowego przedstawienia wychodka w swoim domu, poprzez emigrację do Kanady, tamtejsze studia, pracę, wyjazd do USA, założenie własnej firmy, zarobienie grubej forsy, wykołowania przez wspólników, ponownego założenia firmy, pono… - o tym wszystkim będziecie mogli się dowiedzieć w marcu, kiedy najprawdopodobniej wyjdzie o nim książka.
Dalej zaczęła się wspomniana wcześniej debata, w której udział wzięli HR’owcy, biznesmeni i ludzie ogólnie rzecz biorąc idący pod prąd.
Ze względu na to, że całość imprezy zaczęła się z opóźnieniem, wymknęliśmy się z sali (podobnie jak połowa studentów) i udaliśmy się na warsztaty znajdujące się w zupełnie innej części kompleksu budynków. Po dotarciu na miejsce, znalezieniu właściwych drzwi chwilę posiedzieliśmy czekając na resztę “spóźnialskich”. Wybrałem warsztaty pod nazwą Praca w grupie prowadzone przez trenera z firmy TNT. I powiem jedno - warto było.
Dominik, prowadzący, doprowadził pod koniec dnia (warsztaty trwały od ~12 do ~18 z jedną przerwą obiadową) do, można by rzec, pełnej integracji ludzi uczestniczących w zajęciach. Pokazał nam, jak przekroczyć bariery, które inni budują wokół siebie, jakie normy występują w grupie, jakie są w niej typy ról, jakie zasady panują, czym są etykiety, jak je wykorzystywać i przed nimi się bronić. Warsztaty miały charakter bardzo interaktywny, w którym każdy z omawianych tematów był testowany przez nas samych, na żywo. Pozwoliło to dopasować się grupie na tyle, że do dnia ostatniego trzymaliśmy się w miarę razem.
Przerwa obiadowa, o której wspomniałem, znajdowała się w innym końcu kompleksu budynków, więc ponownie mieliśmy okazję do wnikliwego wczucia się w detektywa. Udało się! I pomimo kolejnej kolejki do dań, humory nam dopisywały. Nie zraził nas nawet chłód serwowanych dań, ich wygląd czy chociażby plastikowe sztućce i talerze.
Po zakończeniu warsztatów przyszedł czas na dostanie się do hotelu. Na szczęście O. z chłopakiem podwieźli nas na miejsce (dzięki!). Czy to było dobrym posunięciem z naszej strony, nie mnie oceniać, gdyż tak się złożyło, że organizatorzy jechali komunikacją miejską i musieliśmy na nich zaczekać. Po zebraniu się wszystkich ludzi, wystartowało wydawanie kluczy. Ponownie w kolejce czekaliśmy na swoją kolej, ale wciąż było przyjemnie, pominąwszy ludzi, którzy słaniali się z nóg. Kolejka nie była wyjątkiem. Brak kolacji też jakoś wszyscy przeżyli. Jednak to co mnie zagotowało najbardziej bo brak imprezy integracyjnej, czegoś co powinno nas - studentów z różnych zakątków kraju, z różnych środowisk, po różnych doświadczeniach - łączyć. Nie, bo po co. Zamiast tego lepiej niech sami organizatorzy zrobią sobie imprezę, bez reszty towarzystwa. Co oczywiście uczynili.
Trzeba było wyjść temu naprzeciw. Próbowałem na początku sprowokować ludzi by zechcieli się bawić, ale ze względu na brak skills organizacyjnych nie do końca mi się to udało. Dlatego postanowiliśmy odwiedzić znajomych z warsztatów przynosząc dobry humor, wino i samych siebie. Później, jak się okazało, ktoś wpadł na podobny pomysł przenosząc imprezę na korytarz. Pojawiło się więcej ludzi, więcej alkoholu, więcej dobrej zabawy. Po kolejnej wycieczce na pobliską stację benzynową po zapasy, część ludzi zaczęła się rozchodzić. Nie można się temu do końca dziwić, w końcu większość miała za sobą nieprzespaną noc, do tego jutro z rana trzeba było ponownie się stawić na warsztatach.
Dzień drugi AK rozpoczął się o 10:00. Wtedy to, już po porannym mini śniadaniu, rozpoczęły się warsztaty branżowe. Pierwszy przeze mnie wybrany prowadzony przez firmę Vobis omawiał zarządzanie projektami informatycznymi. Bardzo ciekawe, przyznam. Podobało mi się niewykładowe przedstawianie problemu, a także interakcja ze słuchaczami polegająca na wymianie zdań i stawianiu pytań.
Obiad ponownie wyglądał jak wyglądał, ale warto przyklasnąć, że zmieniło się chociażby menu i posiłki były cieplejsze. Konsolidując się raz jeszcze z dream team z wczoraj, godzinna przerwa minęła jednak zbyt szybko.
Drugi warsztat prowadzony był przez Procter&Gamble. Było to tak zwane Case Study, czyli studium przypadku - zabawa polegająca na poradzeniu sobie z problemem, mając za sobą pomysłowość grupy a przeciw sobie czas, inne grupy i brak doświadczenia. To głównie przez to ostatnie, a raczej przez brak przygotowania nas ze strony firmy do poradzenia sobie z problemem, skutkowało tym, że warsztat ten zupełnie nie przypadł mi do gustu. Z pewnością wpłynęło też na moje podejście wyjście pół godziny przez zakończeniem, ze względu na pociąg o godzinie 18:10.
Powrót wyglądał ponownie jak przyjazd, z tą różnicą, że jechaliśmy TLK a nie pośpiesznymi.
A jak wrażenia? Super inicjatywa, wspaniałe przeżycia i niezliczona dawka doświadczenia. Błędy organizacyjne przemilczę, bo zdarzają się one wszystkim. Podkreślić muszę, że warto korzystać z takich możliwości i jeżeli tylko pojawi się kolejna edycja Akademii Kompetencji powinniście aplikować.