Wczorajszego ranka postanowiłem zamienić moją domyślna dystrybucję Linuksa z Gentoo, na mniej techniczną, jednak łatwiejszą w zarządzaniu Ubuntu. Najwięcej czasu zeszło mi na backup’owaniu najważniejszych danych z Gentoo. Sama instalacja przebiegła bezproblemowo, uprzednio rozszerzając partycję ext3 do rozmiaru ponad 9GB narzędziem GParted (na marginesie, Partition Magic przy nim wysiada). Po chwili moim oczom ukazał się standardowy motyw GNOME używany w Ubuntu, który od razu przypadł mi do gustu (i jak na razie sprawuje się idealnie). Po doinstalowaniu niezbędnych mi aplikacji (gpass, gkrellm, psi), pozbyciu się niepotrzebnych (xsane) oraz zaktualizowaniu całego systemu (130 pakietów, czego można się było spodziewać dla systemu wydanego 1 czerwca bieżącego roku) byłem gotowy do jego użytkowania.
Podoba mi się, szczególnie, że pod maską siedzi Debian, najwygodniejszy system spod znaku pingwinka. Do tego stare komendy, używane na dawno przed Gentoo wciąż działają, pozwalając choćby na szybszą instalację pakietów (nic do Synaptic’a nie mam). Ładnie wygląda środowisko graficzne dopieszczone w spójności i tłumaczeniach. Starcza, chyba do wszystkiego. No, może z wyjątkiem paru okienek, które muszę otwierać od czasu do czasu.
