– Poproszę dwie gałki słuchu i jedną rozumu.
– Niestety, słuchu już nie mamy. Może być gniew?
– Tak, ostatnio coraz lepiej smakuje.
Archive for listopad, 2005
Inspirowane kalashnikov’em
Studenckie Koło Naukowe Informatyków KERNEL zaprasza w sobotę 26. listopada na kolejny wykład z cyklu “Linux — u mnie działa!”, który odbędzie się na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Spotkanie poświęcone zostanie komunikatorom otwartego protokołu Jabber/XMPP.
Wykład poprowadzi Przemysław ‘troll’ Maciąg, który postara się ukazać, co protokół Jabber/XMPP ma do zaoferowania swoim użytkownikom i na czym polega jego unikalność. W związku z tym, przedstawione zostanie również porównanie sieci Jabber z innymi istniejącymi i popularnymi w Polsce protokołami.
Spotkanie odbędzie się na wydziale Fizyki i Informatyki Stosowanej AGH w sobotę, o godzinie 12:15 w sali A pawilonu D10.
Więcej szczegółów, jak zwykle, na stronie wykładów LUMD.
Za: 7thguard.net
Ja idę, a Ty?
Stół jak stół, od zawsze tu stał taki sam, niezmienny w postawie, przyjmujący co mu los podrzuci, gorącą herbatę, rybią zakąskę czy spocone ciało. Parę razy przejechano po nim nożem, obskrobano i opluto. Zdarzały się też miłe chwile, jak wilgotna szmatka, świąteczny obrus czy płonące świece. Krzesła wokół niego zmieniały się, a to z powodu złamanych szczebelków, a to z rozprutej poduszki. Czasami zwyczajnie wychodziły z mody. Ostatecznie stolik, nazywany tak przez następne pokolenie, znalazł się na strychu. A nóż się komuś jeszcze przyda…
Muszę w końcu przyznać, przed samym sobą w szczególności, że jestem smutny. I chociaż szczęściem nazwać mogę świat wokół, wyliczając choćby rodzinę, znajomych i zdrowie, to smutek tkwiący naprawdę głęboko, miast niknąć, rozszerza się, niczym rak przy akompaniamencie listopadowej chmurki. Wspomnę, i wypomnę sobie, że odrzucam ludzi, wręcz chcę ich ignorować. I nie, że myślę jacy to są oni bezwartościowi, jaki to ja nie jestem i po cóż mi oni potrzebni. Tu chodzi o ten lęk, ten irracjonalny strach przed skrzywdzeniem (mocne słowo) drugiej osoby i siebie. Dlatego wolę się odsunąć, odciąć od otoczenia, odrzucić co świat daje, niż zasmakować zdrady, kłótni, widoku łez. To jakby wiedzieć, że ogień parzy, nigdy tego nie doświadczając (jedynie obserwując…) I chyba dlatego ten smutek, dlatego to rozdarcie pomiędzy pragnieniami, a nie skonfrontowaną rzeczywistością. Czuję się bezsilny i ciężki przez ten kamień w środku.
Czy da się opisać dzienną wizytę u K. paroma zwykłymi, szarymi i pisemnymi, słowami? Z pewnością nie, jednak co mi innego pozostało? Aparat nie uchwyciłby wartkich rozmów i ich dynamizmu, dyktafon pozbawiłby mimiki i uśmiechu na twarzy. Pozostała, przysłowiowa pusta kartka, którą można zapełnić na wiele sposobów, poczynając od trzymania wciśniętego przez dziesięć minut klawisza a, kończąc na ożywieniu wyrazami minionego obrazu używając poetyckiego języka. Pierwsza możliwość jest zbyt trywialna i nie oddająca radości ze spotkania. Druga jest nie na moje siły, poza tym nie pasuje tu wyjście formą ponad treść. Pozostaje znaleźć złoty środek, co może mi się szczęśliwie uda (i siły z chęciami pozostaną).
Wyprawa rozpoczęła się o 8:15 z Krakowa środkiem komunikacji kolejowej w towarzystwie, wracającej do domu, M. Ze względu na miłe towarzystwo, minęła wyjątkowo szybko i ciekawie (konduktorzy w ogóle nie patrzą na zdjęcia!). Po przyjeździe pożegnałem się z nią, a spotkałem z celem wizyty, czyli K. Katowice jakie mają dworzec opowiadać nie muszę, napomknę jedynie, że powinni lekko zmienić ich obraz. Po potyczce z automatem biletowym powędrowaliśmy do jej rodzinnego S. Tam miałem okazję spróbować (naprawdę!) pysznego ciasta oraz zjeść obiadek. Chwilę lenistwa (czyt. sjestę) spędziliśmy na pogaduszkach. Następnie wyruszyliśmy do DG. szukając jakiegoś przyjemnego miejsca (tu pub’u). Trafiło na Planetę, chociaż pojęcia nie mam do czego odnosi się ta nazwa. Przy półtora lanego godziny minęły jak sekundy, znaleźliśmy się na dworcu i już jechałem do domu (godz. 19:50).
Podsumowując, krótko, na pewno za krótko, ale za to jak energicznie, intelektualnie, marzycielsko i przyjemnie. Powinniśmy widzieć się częściej, jednak kto zna plany losu?
Google kolejny raz mnie zaskoczyło, tym razem usługą Google Video udostępniającą różne nagrania video w przyjaznej formie dla odbiorcy - plików flash.
Kolejny bajer - czy ma szansę na dłuższe życie?
Kolejny mile spędzony wieczór w towarzystwie A. Kolejne chwile, kolejne pytania do własnego ja. Film Kontrolerzy: intrygujący, tajemniczy, symboliczny, z super muzyką w tle. Ciekawie opisana historia, a zarazem rzeczywistość i ludzie. Ich odmienność, zagubienie, niepewność i ucieczka przed powierzchnią. A rozmowy po spektaklu wyjątkowo.. ciekawe (teorie też! ;’-) Za tydzień Amores Perros o 18:30 w sali (chyba?) ponownie 9 w pawilonie sportowym.
Na początku trochę się bałem. Nie, źle. Tak jak większość spraw, przejąłem tę bojaźń od otoczenia, ale to nie o tym. Impreza urodzinowa zaczęła się o 20 w strumyku. Poszła trzylitrówka dobrze przeżartego spirytusu. Później szły kolejne. Były chrupki, popcorn i paluszki. Zabawa przednia. Nie wiem kiedy skończyłem i w jakich okolicznościach. Przebłysk świadomości (najprawdopodobniej odziedziczony po tacie) nastąpił gdy odbierałem legitymację w recepcji. Wyszedłem z akademika.. i dziura. Drugie światełko, świadomością zwane, zapaliło się w obcym miejscu. W Krakowie jakim jeszcze nie byłem. Nieznane ulice, uliczki i bloki, a później domy i las (chyba większe krzaki). Cały czas szedłem przed siebie, chociaż bardziej pasuje tu zwrot zataczałem się, chwilami lądując na ziemi. Świat był wyjątkowo niestabilny. Żarówka ponownie zapłonęła przy jakimś moście, gdy trzymałem się barierki. Pamiętam, że zza pleców ktoś coś mówił i gdy się odwróciłem to była (chyba) policja w radiowozie. Dalej szedłem wciąż przed siebie z nadzieją znalezienia jakiejś taksówki. Na szczęście ją złapałem i wróciłem szczęśliwie do domu. Jadąc taksówką zdałem sobie sprawę, że byłem w Hucie…
Pobudka nie była ciężka, jedynie moje ciało. Popołudnie spędziłem w miłym towarzystwie A., niestety byłem troszkę nie w formie (czyt. byłem zmięty). Ale i tak sie cieszę. Żołądek jest jeszcze chory, oby wyzdrowiał szybko!
