Środowa wizyta w Babilonie (DS2) zakończyła się połówką i winkiem. Nie zagrzałem tam miejsca, sam nie wiem czemu. W domu byłem przed dwudziestą trzecią.
Czwartek zacząłem inaczej niż zwykle. Tuż przed nosem uciekł mi rano autobus, a ja jak głupi cieszyłem się. Usta w grymasie uśmiechu nie schodziły mi przez bite dziesięć minut. Taki pech, a jaka radość! Języki minęły jak minąć miały (J. jest bardzo sympatyczną osobą, tak sobie myślę i ma rację, że w Krakowie woda jest za twarda), laboratorium z EE też przebiegło przyjemnie (prostownik trójfazowy mostkowy). Wieczorem mieliśmy się spotkać u D. i lekko zaprawić przed wypadem na Rynek, jednak z przyczyn nam nie wyjaśnionych lokum D. było nie aktualne, stąd została jakże przyjemna i dobrze znana ostateczność, czyli wizyta w Strumyku (DS5). Zanim jednak trafiłem na akademiki w autobusie spotkałem P. i M. właśnie wybierające się na zaprawę. Nie wiem czemu, jak dobry humor miałem przez cały mniej-więcej dzień, tak wtedy właśnie prysł. Można powiedzieć, że byłem już nieobecny, a raczej obecny-gdzie-indziej do końca. U gospodarzy w stopiętnaścieA poszła zero-siódemka, po drodze zwerbowaliśmy Yaqb’a i środkiem transportu publicznego oraz na nogach dotarliśmy pod najsłynniejsze teraz miejsce spotkań na Rynku - EMPIK. Przybyła część grupy z AE, chwilkę jeszcze poczekaliśmy na innych. Po długich pertraktacjach, doszliśmy do konsensu w wyborze miejsca zabawy i wybór padł ponownie na Jaszczury. Tam spotkaliśmy nowego członka AIESEC’a T. i jego nowe znajome ;’-) Rozłożyliśmy się na trzech stolikach, a później już była tylko zabawa. Zakończona (no może nie zakończona, ale na pewno umilona) ponownym spotkaniem A. (zapamiętałem jak się nazywa) i lekkim podrygiwaniem w rytm zgoła różnej muzyki. Liczę na kolejne spotkania (chociaż dobrze wiecie czego matką jest nadzieja). W domu byłem po pierwszej.
A teraz muszę złożyć oświadczenie, tak zwany statement (pewnie obarczone drobnym wywodem filozoficznym). Otóż, jestem głupi i czasami zachowuję się jak idiota. Przekraczam granice, których w normalnych sytuacjach nigdy bym nie przekroczył. Szczególnie boli mnie, gdy w stosunkach czysto koleżeńskich damsko-męskich (bo uważam, że takowe istnieją i wierzę, że jak powiem nie, chociaż tego żałuję, to pozostanie nie) przekroczę tą niewidzialną, a jakże ważną dla płci pięknej, granicę. Najlepiej by było, gdybyście mi o tym mówiły, jednak to abstrakcyjne marzenie. W takim razie, besztajcie mnie, wymyślcie karę, ale się nie obrażajcie. No.. nie wiem jak sformułować te myśli. Po prostu wiedźcie, że moja samokrytyka już mi nigdy nie pozwoli posunąć się tak daleko, za daleko. Tyle.