Archive for lipiec, 2005

Co na nas czyha w GNOME 2.12?

Davyd Madeley wprowadza do nowości w zbliżającym się wydaniu GNOME 2.12. Na co możemy liczyć?

  • Zmiana standardowego motywu graficznego na Clearlooks
  • Wydanie GTK+ 2.8 z integracją biblioteki graficznej Cairo
  • Schowek systemowy bazowany na specyfikacji Freedesktop.org pozwala na trzymanie skopiowanych obiektów po zamknięciu aplikacji
  • Nautilus, poza usunięciem w nim ponad 200 błędów, pozwala na przeglądanie plików jako drzewo w trybie ’spatial’, w trybie ‘browser’ posiada panel boczny wyświetlający zakładki, dokładnie tak samo jak przy wyborze plików lub w menu ‘Miejsca’ w panelu
  • W ‘Preferencjach Myszy’ dodana zakładka zmiany jej motywu
  • Standardowo dostępny będzie edytor menu zgodnie ze specyfikacją Freedesktop.org
  • Totem w pełni obsługuje menu DVD i inne dodatki DVD (dzięki GStreamer)
  • Wyszukiwarka plików wyświetla miniaturki obrazków
  • Dojdzie nowa aplikacja Evince czyli uniwersalny czytnik dokumentów, jako zastępca GGV i GPDF, a w przyszłości także plików DVI, TIFF oraz OO.o Impress i prezentacji MS Powerpoint

To tylko niektóre z wymienionych zmian w nadchodzącym wydaniu. Na stronie Davyda przeczytacie o innych nowościach wraz z przykładami.

Obłąkane oczy

Pięć dni z życiorysu, przelane w inną rzeczywistość, odległe miejsce, znane od lat, wciąż jednak skryte pod warstwami pyłu niedomówień i okruchów niezrozumienia. Bo chociaż już nie Crosno, to wciąż mieścina jakich tysiące na polskich drogach, biegnących za szybami samochodów, nigdy nie poznanych, zawsze omijanych. Do tego ten Dom. Wypełniony wspomnieniami sprzed wieku, smutkami domowników i radościami gości; jakże nieszczerymi. Ta ostoja tchnienia i tytaniczna maszyna na poty ludzkie. Ten inkubator zgrozy, syków i jęczenia, co dzień, co wieczór, co poranek. Wszystko robione pod presją, pod innych, pod wspomnienie; to już nie te czasy.

Pośród tych wszystkich tajemnic i zaparowanych serc, a może umysłów, nadchodzi ukojenie, jakby czekający bocian na szczycie krzyża, w poświacie zachodzącego słońca. Wystarczy kontur, sylwetka ostoi i Cortázar w dłoni. Jego Opowiadania zebrane pachnące liliami zbryzganymi krwią, chorymi marzeniami, kłującymi oczekiwaniami i niewypowiedzianymi słowami. Te salwy smutku i zamknięte obrazy. To przemijanie, w autobusie, na pogrzebie, za torami i w metrze.

Do tego nieudany interes(?), powrót do rzeczywistości, z początku chorej, dalej już tylko niespotykanej. Jak ta muza w dniu wyjazdu, jak to dobranie dusz, kalane przez kruki ciemności. Jak te niedomówienia, te tęsknoty, te marzenia. Jak serce oblane marmurem.

Ogród Mehoffera

Koncert Lindsaya Davidsona w ogrodzie Mehoffera wypadł wyjątkowo ciekawie. Pierwszy raz w życiu słuchałem muzyki szkockiej i dud, i uznałem, że nie jest tak wcale źle. Występ kwartetu trwał ponad godzinę, jednak nie spostrzegłem kiedy ten czas minął. Na zakończenie lampka wina w domu Mehoffera uświetniła cały wieczór.
Dziękuję Monia za zaproszenie!

W moim prze-arcy-ciekawym/chorym umyśle zaogniła się żarówka z tekstem: Rybki są fajne i dlatego raczki je lubią. W przeciwieństwie do niektórych Myszek ;)

Kruk

Ciemne, obszczane ulice śmierdziały ohydną wonią moczu i krwi. Latarnie, co chwila migocząc, wypalały ostatnie tchnienie światła. Nawet szczury omijały tą okolicę z daleka, niejako instynktownie. Tu nie mogło wydarzyć się nic dobrego. Atmosfera niczym bagno, bulgotała w parze i bezdechu, wybuchając obrzyganymi słowami. W środku całego tego gówna siedział bezImienny. Naszprycowany jak lodówa, odmykał, niejako w amoku, ociężałe powieki by rozkoszować oczy wstrętem tego świata. Los już dawno przegrał na życie, teraz pozostało oczekiwanie na Przejście, tak bliskie, a jakże odległe. Wódka trzymana w ręce, nie pomagała zapomnieć. Nie na takim kacu, nie w tych rzygach. “Och kurwa”, mówił sobie, “by tak wyrwać się, uciec na wyspę samotności, wyłączyć myślenie i przestawić się na tryb automatyczny. By tylko nie poddać się choremu uczuciu krzyczenia i wołania o śmierci. Głoszeniu ewangelii spluwą w gębie Niewinnemu, rozciągającemu się jak świat wielki w tę i we w tę”. Mamrotał bez ustanku pośród sępów wijących się jak węże nad jego zdychającą sylwetką. “Kiedy ta pętla zamknie się na tyle, by zabrać ostatni oddech? Czy gałąź, nie złamie się pod ciężarem ciała? Wieczność musi być lepsza od tego nieniknącego rozdarcia duszy. Tego bólu, zachwiania. Mur dawno przestał chronić. Wyskoczyć, czy zaprawą dobić?”. Po sępach przyleciał kruk, czarny. I krążył, wciąż i w koło, jak helikopter oczekujący żołnierzy do transportu.

Nicnierobota

Akademia Ekonomiczna wita, to ja też witam. Od października nie tylko zmagać się będę z AGHem, elektrotechniką i technicznymi sprawami, ale spróbuję poskromić marketing i zarządzanie i zrozumieć ich filozofię. Patrzę na ten drugi kierunek, jak na odskocznie ale i dobrą zabawę, (sloganowe) poznanie nowych ludzi i spojrzenie jak to robią u konkurencji ;) Do zobaczenia na AE.. i AGH!

Ze spraw równie aktualnych, lecz może mniej ważnych, dzisiejszy dzień zaliczam do straconych, po prostu wyrzucam go na śmietnik i z pamięci. Przez całe 24 godziny czułem się jak mucha w smole, kręcąc się po domu, za nic się nie biorąc. Cóż, bywa.
No, ale! Przynajmniej rower już jeździ! Przetestowany, gotowy do drogi, gdy tylko znajdę chwilę wolnego czasu.

Jutro kończymy z ojcem kładzenie tapet, później bierzemy się za panele, a na koniec składanie szaf. Brakuje tylko lamp. Byliśmy w ponad 2 dużych sklepach i albo nic ciekawego, albo za drogie, albo nie pasuje. Choroba z tymi zakupami! A w przyszłym tygodniu wyjeżdżam do babci. Trzeba dokończyć remont.

A tak już zupełnie poza tematami, ostatnio mam ciekawe wizje, takie impulsowe obrazy/pomysły wpadające w nieoczekiwanych momentach. Przedstawiają przeważnie to samo - widok mnie wiszącego na gałęzi. Lekko turpistyczny obraz, no ale cóż - to mój chory świat.

Płonę!

Nie, nie z miłości ;) To wszystko przez Yaqb’a i wypad na Kryspinów w poniedziałek. Już drugi dzień cierpię z powodu opalenizny, wyglądam jak diabeł i równie gorąco się czuję. Jeszcze brakuje mi do formy po Grecji [2001?], ale spróbuje chociaż jej dorównać. Narazie pozostaje mi czekać (jak ja KOCHAM słońce, niepraważ?) na pogodę i smarować się balsamem po opalaniu.

Siadłem dzisiaj sobie nad drugim rozdziałem Thinking in C++, Vol. 2 Bruce’a Eckel’a - jak ja jeszcze mało wiem :) Narazie muszę skupić się na trzech sprawach: C++, XUL i Symbianie. Znając siebie, plany te niedlugo się zmienią (jesienne przesilenie?) albo w ogóle nie odniosą skutu, ale warto sobie stawiać jakieś cele, prawda?

No i żeby nie wyszło, że ze mnie taki bezmózgowiec:
Take the MIT Weblog Survey

9 lipca 2005, no juz 10..

Dzisiejszy dzień pod hasłem Remontujemy kuchnię. Pobudka (niespotykanie) o 6:30, a dalej przesuwanie, malowanie, noszenie, przykręcanie, mycie, czyszczenie, sprzątanie,.. czyli cały dzień zapełniony po pachy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - kuchnia jak nowa - zielono-żółta. Plany na przyszłość (odnośnie remontowania): hol (raczej przedpokój), ale na to znajdzie się jeszcze czas.

Olałem ostatnio Symbiana, sam nie wiem czemu. Muszę dostać jakiegoś impulsa od Yaqb’a do działania, bo sam jak to zwykle bywa, za to się nie wezmę.

Chrome.pl wreszcie działa. Tz. mniej więcej - roster jest, grupy są, bramka gg nawet zaczęła działać (ale wiadomości nie dostaję). Liczę, że Smoku dopnie wszystko na ostatni guzik i będzie hulać. A te dwa dni bez IM jakoś nie odbiły się strasznie na mojej psychice. Żyję, co oznacza, że nie do końca jestem uzależniony od komputera/internetu.

To chyba tyle, jeżeli chodzi o sprawozdanie. Acha! Robinson powrócił, czyli człowiek nie golący się minimum 6 dni (tak, to z lenistwa).