Czasem nagle smutnieje…
Jej Kwietnej
Ja wcale nie kpię, bracie Żyrandol,
Gdy mówiąc do niej szczerzę swe zęby,
Na przeciw smutkom, na przekór płaczom
Wyciągam język, rozluźniam więzy,
Gordyjskie sploty, supły gardłowe
Śmiechem donośnym przecinam skośnie
I głaszcząc dłonią malutką głowę
Bawię się nosem, patrzę jak rośnie
Przestrzeń pomiędzy jej policzkami.
Bo, panie Tapczan, pan wie najlepiej,
Kiedy człek ziewnie, ziewa też drugi,
Więc tak uśmiecha się człek do człeka,
Jakby miał zbudzić deszczowe chmury
Tańcem szamana, gdy dręczy susza,
Lecz zamiast zaklęć, wciąż żart za żartem
Zaś tam, gdzie tam-tam, tam zawierucha -
Serce bijące, wzburzone kantem
Spuszczonych nisko święcących oczu.
A gdy, Lodówko, ujrzę zwieńczenie
I słów zabraknie, zwłaszcza tych lepszych,
Nim złożę w hołdzie milczenie swoje:
“Dzięki Ci Boże, że jestem śmieszny”.