Mistrz Ach pisuje krótkie listy

Mistrz Ach pisuje krótkie listy

Drogi Adamie,
nie wiem, czy moje inicjały nadal kojażą Ci się nie tylko z wulgaryzmami, wiedz tylko, że nie zapomniałem o Tobie nigdy Przyjacielu. Nie widzieliśmy się już nie mniej niż lat dwadzieścia, kiedy to ostatni raz na ostatnim egzaminie pomogłeś pozbyć mi się studenckiego brzemienia, za którą to pomoc rektor pozbawił Cię go w sposób o wiele bardziej skóteczny i uniwersalny. Pewnie ucieszy Cię wieść, że w ogóle się nie zmieniłem i nadal, mimo tylu lat rozłąki, chętnie przyjmę Twe rady w sprawach dotyczących mojej przyszłości, której poskręcana ścieżka zatoczyła ogromny łuk, a dzisiaj ponownie przecina Twe życie. Ach, drogi Mistrzu Ach! Mogę tak mówić? To taki śmieszny pseudonim, ale jakrze dodaje uroku Twojej rubasznej posturze. Tak więc piszę do Ciebie z dwóch powodów, przede wszystkim pragnę sprawdzić aktualność adresu, chociaż nie wątpię, że trzymając się swoich pustelniczych zapędów dałeś się przywiązać do zgrzybiałej podłogi, z której podnosisz się jedynie zjeść i srać. Jak Demostates w beczce. Chciał bym na ten adres przesłać moje dziesięciotomowe dzieło, w którym zawarłem całą swą myśl filozoficzną, którą niegdyś tak gardziłeś. Druga sprawa jest trywialna, chciałbym poradzić się Twojej, Ach, cudownej, Ach, najlepszego studenta, Ach, głowy, jak poradzić sobie z obroną praw autorskich mojego dzieła? Zaproponowano mi pżyłączenie do pisarzów chronionych ustawowo, nie tylko tam, oczywiście, jestem członkiem wielu światłych organizacji, rozumiesz. Radzisz się zgodzić? Jestem bowiem pewny, że mojemu geniuszowi grozi nieuchronne kopiowanie i naśladowanie przez innych, Ach, zazdrosnych.

Twój
prof. dr. hab. Hubert Urban Jaszczur

Mój H.U.J.u,
gratuluję Ci serdecznie bycia członkiem. Postaram się pomóc. Przeczytaj uważnie:
Był dawno temu Myślący facet. Miał ideę. Założy sobie młyn. Nie było wiatru. Nie było wody. Dokopał się do źródła. Powstała rzeka. Jego rzeka. Młyn dobrze prosperował. Był bogaty. Inni korzystali z tej rzeki w dalszym jej nurcie. Pili z niej. Robili inne młyny, baseny, gorzelnie. Też byli bogatsi. Kupowali więc chleb. Było dobrze.

Ach.

Adamie,
Dziękuję za gratulacje, nie spodziewałem się usłyszeć je z Twoich ust. U mnie wszystko w porządku, dziękuję, że napisałeś po tak długiej rozłące, jestem pewien, że moje dzieło przypadnie Ci do gusta. Co do porady, dam Ci swoją:
Nie wiem, co znowu bierzesz, ale wiedz, że zgodnie z literami prawa nie można mieć rzeki na własność. To właśnie taki brak logicznej konsekwencji doprowadził Twój autorytet do spodlenia i stoczenia na psy, gdzie niechybnie spuchlni glebę ploretariatu, któremu służysz za guru i bez robotnego mistrza. I to ty miałeś się za najlepszego, sądziłeś, że ja muszę od ciebie ściągać?!

Profesor zwyczajny i nadzwyczajny, doktor habilitowany nauk filozoficznych, Hubert Jaszczur

H.U.J.u
Z tą rzeką załapałeś. Ale nie przejmuj się, najlepiej, kiedy szamba są prywatne.

Ach

Optyk d’Oublier

Tekst należy do tego Pana, mam nadzieję, że nie będzie zły z powodu jego publikacji w tym miejscu. Nie odpisał jeszcze na moje pytanie dotyczące tej sprawy.

Na ulicy Następnego Ranka
Ma swój warsztat optyk d’Oublier.
Śpi u niego ma była kochanka
I we śnie gra na klawiszach sfer.

Więc choć nie chcę, to wybrać się muszę
Na ulicę Następnego Ranka,
Tylko dotknąć mi nie wolno poduszek,
Ani westchnąć, że moja kochanka

W oknach wiesza dziś zasłony krucze
I by pokój mieć z jej obrazami
Muszę dzisiaj się szybko nauczyć
Patrzeć na nią nowymi oczami.

A więc Mistrzu, panie d’Oublier,
Proszę oczy wyblakłe i smocze,
Ale takie, panie d’Oublier,
Żebym nie dał się już zauroczyć.

A oto nagranie:
optyk

Test

logo

logo2

Technika: Ołówek/Cienkopis
Autor: Ewa Mirska

Piłat?

Zbyt jestem szczęśliwy, by móc pisać wiersze.
A przecież ponoć jestem wrażliwy. Kręgosłup moralny spływa swobodnie znad uszu pod kostki, gdzieniegdzie tylko drobne skrzywienia ze zwykłej troski o własną dumę, zdrowie i śmieci. Każdego dnia umiera gdzieś tam dawna kultura, razem z nią język, giną zwierzęta, całe gatunki, dzieci głodują licząc paluszki, pożary takie, że cały naród przystraja sadzą mokre policzki. Komercja zżera gałęzie życia, powoli wnika do pnia aż po korzeń. Temida musi odganiać mieczem, bo dociskają szale jej wagi, jakby sprzedawać mieli z niej mięso. Przestępstwa, zamachy, wypadki w milionach, liczby bijące na łeb propagandę…
A mnie nic nie boli, nic nie dolega, jem dużo błonnika, organizm mam czysty. Potrzeby spełnione prócz może najprostszych, sypiam niewiele, zwykły brak czasu. Trwonię go w zamian na pasje wszelakie, głównie kobietę, przyjaciół i książki. Czasem mnie skusi woń potraw miejscowych lub rezonans strun drgania ze skrzypieniem pióra – o ile można tak jeszcze pisać mając pod ręką zestaw klawiszy. Czy zakochany? Ze wzajemnością. Jakieś problemy? Owszem, dziękuję, już wcześniej pisałem, że jestem szczęśliwy…

Z mieszkańcami starego miasta rozmowa

Zamilkłem na chwilę, co przyjął widocznie jako zachętę, impuls do podjęcia nowego tematu. Możliwe, że tak też było w istocie, nikt nie jest zdolny do ścisłej kontroli nad biegiem rozmowy – zbyt przypomina rzekę błądzącą po kątach mapy zbierając po drodze z dwóch stron dopływy, by później rozlać się hojną deltą, setką kanałów na kształt gałęzi, czyniącą umysł tak urodzajnym… Zazwyczaj ciągle mamroczę pod nosem, nucę piosenki zmieniając słowa (gwałcę szkaradnie nawet największe), po czym nim zdążę nabrać powietrza, wypełniam gestem braki w swych płucach.

Lecz gdy zamilkłem, odezwał się do mnie, do chłopca wciąż mogącego zliczyć na palcach wszystkie swe lata (spędzone wśród samopiorących się skarpet i majtek). Nic nie poradzę, że wciąż jestem młody, na widok psa szczekam radośnie. Tak… Brak mi ogłady, ciężaru doświadczeń, co przygniótłby mnie trochę choć do podłogi. Tak, bym się musiał wysilić wstając i pisać mógł bardziej z pamięci niż z głowy.

Powiedział mi tyle, że każda cegła i przestrzeń za nią jest wypełnioną bagażem wspomnień, że ta, która uśmiecha się wtulając w fotel, drążyła ciemne tunele zwątpień kładące cień kpiny na biografie świętych. Dręczą ją ślady mistycznych obrządków, gdzie ekstaza miesza się z cudem niewiary. Zaś w drugim pokoju stare małżeństwo nawleka na rzemień nawroty troski, ceruje swetry, wiąże supełki pisząc powoli na osobności kronikę zmartwień na niepustych ścianach, resztę zaś zmiata, chowa pod dywan, w strachu przed nowym, przed tym, co obce. W trzecim pokoju pudełko marzeń skaczące z pierwszym plecakiem szkolnym. Dalej po piętrach biegną nudyści (nie tylko ciała – kryptoartyści), potem kobieta, ta śpiewna dusza tworząca zgrabne arie przy ladzie. Trzęsą się ręce pani spod trójki, gdy muska kciukiem czule pianino (nienastrojone, nie było sensu, lecz czemu się trzęsą, to już inna sprawa). Paru kibiców obala flaszki, bo sędzia kalosz zwany „jebanym” dyktuje karny, karny dla wroga. Trafił sukinsyn! Czy to rozumiesz?! I więcej w nich pasji niż w młodym księdzu, choć świeżo wyjęty prosto spod krzyża. Blady, tak jakby niedopieczony, widocznie kościół nieogrzewany. A ten, którego dzieci wskazują, żydem wołają, zaprawdę jest Żydem, lecz wielką literą, odlicza kroki na dzień Szabatu. Tamten zaś…

Tamten zaś (tylko?) to byłem ja i chociaż przecież nie jest to mało, pochyliłem się smutno nad sobą jak na pogrzebie bliskiej osoby, której na ziemi było już ciasno. W rajskim ogrodzie będzie jej lepiej, a przecież stypy nie wieńczymy salsą.

A on nie kończył, przyśpieszał raczej, pytał, dlaczego, po co i na co. Zamiast mu przerwać, słuchałem dalej chyłkiem wprawiając w ruch swoje nogi. Gdy przeprawiłem się przez ulicę, głos bez wyrzutu zamarł w portalu i tylko po jego rzeźbionej twarzy deszcz niestrudzony spływał jak łzami. Z ulgą stanąłem i lekko nucąc podniosłem ciężką od wrażeń głowę… Stałem przed murem od kamienicy patrzącej na mnie z oczu aniołka o rozchylonych kamiennych ustach.
Zamilkłem na chwilę…

Ulotka przedwyborcza

U nas nawet umarli życia nie mają – wloką ich ciągle po sądach, ambonach i centrach handlowych. Szukają słów zapisanych ciepłą jeszcze dłonią, ale nie całych naczyń wypełnionych po brzegi warstwami znaczeń o gładkiej tafli lecz przechylają je przelewając do pojemników o kształcie krzyża, portfela lub miecza. Jeżeli to nie wystarczy, wymyślają nowe, mówiąc co byłoby, gdyby, powołują się na uschłe już dawno serca i zapieczętowane przed protestem usta. Kwitnie handel pomnikami twardszymi niż spiżowe, skoro stoją już niewzruszone, to nie muszą się przecież marnować, można rozwiesić na nich ulotki bądź krzycząc z ich szczytu głosić nowinę na modłę proroków rychłej apokalipsy. Pomagają też wznosić ich nędzne repliki, sławiąc nie tyle bohaterów, co rzeźbiarzy, a raczej mecenasów stojących najwyżej, gdy przecinając czerwoną wstęgę machają ostrzem błyszczących zębów.
I nic nie stoi już na przeszkodzie, by sławić cierpienie, byle nie własne, za ideały, byle nie cudze, w efekcie grając mściwe memento na ludzkich organach z zatęchłym powietrzem. W walce o lepszą od innych przeszłość.

Czasem nagle smutnieje…

Jej Kwietnej

Ja wcale nie kpię, bracie Żyrandol,
Gdy mówiąc do niej szczerzę swe zęby,
Na przeciw smutkom, na przekór płaczom
Wyciągam język, rozluźniam więzy,
Gordyjskie sploty, supły gardłowe
Śmiechem donośnym przecinam skośnie
I głaszcząc dłonią malutką głowę
Bawię się nosem, patrzę jak rośnie
Przestrzeń pomiędzy jej policzkami.

Bo, panie Tapczan, pan wie najlepiej,
Kiedy człek ziewnie, ziewa też drugi,
Więc tak uśmiecha się człek do człeka,
Jakby miał zbudzić deszczowe chmury
Tańcem szamana, gdy dręczy susza,
Lecz zamiast zaklęć, wciąż żart za żartem
Zaś tam, gdzie tam-tam, tam zawierucha -
Serce bijące, wzburzone kantem
Spuszczonych nisko święcących oczu.

A gdy, Lodówko, ujrzę zwieńczenie
I słów zabraknie, zwłaszcza tych lepszych,
Nim złożę w hołdzie milczenie swoje:
“Dzięki Ci Boże, że jestem śmieszny”.

Wiosenna niemoc twórcza

Skoncentruj się!

Ale jak tu się skupić, gdy kwiecień przykicał na przykrótkich nóżkach i strzyże uszami, nawet w nocy z otwartymi oczami nasłuchuje przyśpieszonego tętna. Wciąż przyłapuję się na tym, że miast ignorować jego obecność lub kpić z wystających zębów, zanurzam dłoń w miękkim futrze, głaszczę wpatrzony w okno… Podgryza mnie wtedy, gryzoń jeden! Podgryza do krwi, która nie chce krzepnąć, pragnie jedynie zaczerpnąć świeżego powietrza. Próbuję go wyrzucić, ale jak tu wygonić, gdy taki ciepły, że każda próba skończyć się musi kolejnym spacerem…
…odwzajemniłaś uśmiech i od tej chwili wszelki dystans zaczął topnieć. Ktoś wrzucił do futerału dwa złote, ktoś inny próbował nakłonić gitarzystę na jakąś popularniejszą piosenkę. Z początku nie byłem pewien, odwracałem się kilkakrotnie, liczyłem kostkę brukową szukając równocześnie stałego punktu odniesienia. Ale nie mogło być mowy o pomyłce – każde odwrócenie głowy owocowało skróceniem dzielącej nas odległości, nie wiedziałem jeszcze tylko z czyjej inicjatywy. Czy to Ty, czy ja? A może sama ulica skraca się w jaśniejsze chwile, nocą przecież potrafi wydłużyć się niepomiernie. Zaśmiałem się do własnych myśli, kiedy zauważyłem machinalny ruch mojej lewej nogi. To była jej sprawka! Co kilka sekund niezależnie od mojej woli subtelnie zwijała uliczny dywan, przybliżając nas ku sobie. Może nie tylko ona? Wyobraźnia podsuwała mi różne literackie wizje tak, że nawet się nie spostrzegłem, kiedy staliśmy już blisko siebie. Grał chyba wtedy jakiś kawałek Dżemu, nie jestem pewien… W każdym razie pozostało już tylko kilka ostatnich centymetrów i aż pierwsze słowa. Tylko jakie? Szukałem ich, z każdą sekundą czując się coraz bardziej niezręcznie… Staliśmy więc tak przez dłuższą chwilę słuchając gitary z pękniętą struną i śmiesznie akcentującego głosu, które razem brzmiały zaskakująco dobrze. Aż powiedziałem:

– Cześć…

Zreorganizuj się, ziom!

Byłem na warsztatach z organizacji czasu wolnego i szybkiego. Dostaliśmy nawet notatki, trochę mi się pogniotły, bo o nich zapomniałem, ale jakoś się zeskanowały. Czemu miałbym się nie podzielić?

Wiosna wiosna

Dużo nowości, nie tylko muzycznych. Jest o czym pisać, ale mi się na razie nie chce.
Wiosenny kącik muzyczny:
- Piwo – Roman Roczeń, czyli niewidomy wirtuoz Szant – http://romanro.art.pl
- Lubię Wiosnę – Andrzej Rosiewicz u szczytu formy :)
- Nie ma czasu – Paweł Czekalski, reagge rodem znad Wisły, do poznania i posłuchania tutaj: http://www.lastfm.pl/music/Pawe%C5%82+Czekalski/Piosenki

Myśl miesiąca:
Gdzie studentów sześć, tam nie ma co jeść

A niżej mini-musical na poprawę nastroju :)